wtorek, 14 października 2014

pobudzanie zmysłów



Kraków nie mógł lepiej powitać Unsound jak piękną, złocistą, ciepłą jesienią, która wita każdą osobę przybywającą na festiwal. Nawet mgła zdaje się być bardziej angielska, jakby witająca choćby osoby z wysp przybywające do Polski.  Każdy promień słońca i ciepłe powietrze nocą rozpieszcza festiwalowiczów przepełnionych eksytacją i zachwytem  zapachami, wibracjami, przestrzenią i energią, którymi są przepełnione wszystkie dźwięki, które usłyszeli do tej pory.

Dzień I

Niedziela otwierająca Unsound to jedna z lepszych niedziel, jakie spotkały mnie ostatnio. Początek festiwalu godny podziwu. Narastająca energia, od spokojnych stonowanych dźwięków, poprzez jazzowe improwizacje i radosne tańce, aż po sensualne, introwertyczne przestrzenie. Każdy z koncertów i setów to zupełnie inna opowieść, inny sposób wyrażania emocji i przekazywania dobrej iskry swoim słuchaczom.
Mój Unsound otworzyli Hildur Gudnadottir i Skúli Sverrisson   (https://www.youtube.com/watch?v=4Fqi5CKduX0) swoją niepowtarzalną opowieścią, która nakłaniała do wielu przemyśleń, wyostrzała wzrok na przestrzeń Muzeum Inżynierii Miejskiej, które kryje pod swoim dachem złożoność przepięknych przedmiotów i budowlanych kombinacji. Bardzo spokojne, stonowane wkroczenie w tygodniową przygodę z dźwiękiem, przyjemny oddech, ulga, by wszystko następne móc przyjmować z jeszcze większą przyjemnością i ciekawością. Niezastąpiony dobry spokój. Spokój, który następny koncert przeobraził w instrumentalną rozmowę pomiędzy muzykami z The Necks & Radian. Wszyscy jakby wyrwani z kontekstu, każdy z nich ma swoje miejsce na scenie i swoją muzyczną przestrzeń, każdy z nich jest elementem układanki, która jako zespół gra przed usnoundową widownią. Przestrzeń muzeum dostosowuje się do tej nadanej przez muzyków. Dopełnia jej. Każdy element tej układanki jest ważny, każdy dźwięk spełnia tu swoją rolę. Bez tego piano tamten dźwięk nie brzmiałby tak cudownie, bez tej perkusji ten kontrabas nie wyłoniłby się tak spektakularnie. Dialog pomiędzy muzykami dwóch zespołów, którzy dla Unsoundu stają się jedną, konwersującą ze sobą grupą. Improwizacja na najwyższym poziomie, przenikające się gatunki, zmiany przestrzeni muzycznych, do których muzycy zapraszają słuchaczy. Każdy wokół mnie ma zamknięte oczy, każda z osób pozwala się ponieść to mocnym, ostrym dźwiękom to delikatnemu opadaniu. Spotkanie otwartych umysłów wrażliwych na dźwięki, otworzenie innych umysłów na dźwięki.

Pierwsza część niedzielnego wieczoru rozbudziła we mnie głód na to co przyniesie ze sobą cały ten tydzień. Te dwa bardzo zaskakujące koncerty otworzyły przestrzeń, w której poruszać będzie się Unsound przez cały najbliższy tydzień. Złożoność emocji, różnorodność energii i poruszanie się na krawędziach wszystkich zmysłów. I to naprawdę dobre (mimo smutku nie odbycia się imprezki otwarcia w dawnym Hotelu Cracovia), że miejsce zastępcze okazało się nową, fajną przestrzenią nieznaną wielu osobom mieszkającym w Krakowie. Mogło by tylko być nieco chłodniej, jednak wnętrze Smakołyków pozwalało o tym szybko zapomnieć, by móc łapać radosną muzykę wypełniającą przestrzeń przyjemnego danceflooru i całej knajpy.  Ninos du Brasil (https://soundcloud.com/factmag/ninos-du-brasil-sombra-da-lua) otworzyli tą radosną, beztroską część Unsoundowego tygodnia. To naprawdę pomost pomiędzy karnawałem, a sceną klubową, jak możemy wyczytać w opisie artystów. Duet nie boi się żadnego brzmienia, samba i afrykańskie dźwięki nadają żywiołowości metalicznym, topornym rytmom. Wszystko radosne, kontrastujące się ze sobą i dające energię do tańca. Zabawa, chęć pozostania w tym rytmicznym transie jak  najdłużej! 
Na całe szczęście Philip Sherburne (https://soundcloud.com/psherburne/storm-birds) pomógł złapać oddech po szaleństwach z Nonos du Brasil wprowadzając publikę do całkiem innego dźwiękowego świata. Dużo bardziej introwertycznego, sensualnego, delikatnie szorstkiego. Brzmieniowe transy, preludium do doświadczania dźwięku tak blisko, troche dotykania każdego z nich. Idealny wstęp do poniedziałkowych występów w uwielbianymej przez festiwalowiczów muzeum Manggha. Jakby oswojenie unsoundowej publiki z tego typu doświadczaniem muzyki, na krawędziach zmysłów.

Dzień II

Zdecydowanie ten poniedziałek był dla mnie bardzo łaskawy, nie mogłam się nadziwić czemu wszyscy tacy niezadowoleni. Cały dzień przeleciał mi w radości tym co usłyszałam dnia poprzedniego i ekscytacji tym co usłyszęe, posłucham, poczuje i doświadczę. Najpierw przepełniający optymizmem i ciepłem panel, podczas którego kobieta, na którą czekałam od dawna by móc usłyszeć jej dźwięki i móc posłuchać co ma do powiedzenia Suzanne Ciani (https://www.youtube.com/watch?v=9gjb6mrFTH0&list=PL9493E2D5BF5C6842) i legendarny Andy Votel rozmawiają o tym co Ciani spotkało na poszególnych etapach jej kariery, o tym jak wiele drzwi przed nią zamykano, jak wiele ludzi nie rozumiało muzyki, którą tworzy i jak wielu genialnych ludzi spotkała na swojej drodze. Wszystko w przyjemnej, swobodnej atmosferze, przepełnione ciepłem, którym Suzanne aż kipi i zabawnym humorem Andy’ego. Idealny wstęp by pobiec na otwarcie instalacji EPHEMERA w Domu Sołayewskich. Premiera linii pefum stworzonych specjalnie dla Unsoundu przez Geze Schoena, który zainspirowany dźwiękami Steva’a Goodmana, Tima Heckera i Bena Frosta stworzył trzy zupełnie unikatowe zapachy, którychm nadał imiona Bass, Noise i Drone. Wszystko włożone w oprawę wizualną Piotra Jakubowicza, Manuela Sepulveda i Marcel’a Webera. Jakby instalacja stała się butelką perfum, z której nie chce się wychodzić. Dźwięk przenika się z zapachem, zapach jest dźwiękiem, którego obraz wygląda następująco. Zapachy siedzą w głowie jeszcze długo po wyjściu z wystawy, jakby przeniknęły każdy zmysł. Z takim dniem, wieczór, na który się czeka jest jeszcze bardziej intrygujący. Zresztą od zawsze te unsoudowe poniedziałkowo- wtorkowo- środowe koncerty są dla mnie  dniami przekraczania granic dźwiękowych, które siłą rzeczy sobie jakoś wyznaczamy choćby skupiając się na danym gatunku w okresach poszukiwań muzycznych. Puszczam to wolno, z ciekawością łapię wszystko co nowe, z radością przyjmuje to co już znane, ale podane w innej formie. Poniedziałkowa Manggha z całą pewnością zaskoczyła wielu tak samo jak mnie. Każdy z setów to zupełnie inny świat. Każdy z koncertów to zupełnie(dosłownie) inna przestrzeń. Każdy z koncertów to dotykanie zupełnie innych nerwów, pobudzanie innych zmysłów. Tak że aż przez gardło nie może przecisnąć się słowo. Zapierające dech w piersiach. Jakby każdy uczestnik dostał cybuchem w głowę i był z tego powodu zadowolony najbardziej na świecie. Już Remont Pomp i Mikołaj Trzaska Ircha Clarinet Quartet, których słyszałam ostatnie 20 minut zaskoczyli wykorzystaniem przestrzeni sceny i podejściem do relacji panujących na deskach. Bardzo teatralny koncert, łączący ruch sceniczny z muzycznym porozumieniem muzyków. Muzycy, którzy są aktorami tego koncertu. Dużo zaskakujących instrumentalnych rozwiązań, biesiadny radosny dialog, aktorzy rozmawiający dźwiękami. Obserwowanie przyjemnej biesiady zaburzyli panowie z Navnlaust Mønster Opptog(NMO), którzy wyszli(dosłownie) do publiczności, najpierw przebiegając raz po raz po sali i wprowadzając publiczność w bardzo marszowe, mechaniczne rytmy. Morton J. Olsen i Ruben Patino z całą pewnością chcą wchodzić w interakcje z słuchającymi, nieco kontrowersyjnie, nieco zaskakująco, nagle. Energia jaką nadają całemu występowi sprawia, że zaczynamy być coraz bardziej otwarci na to co słyszymy, chcemy mieć jeszcze bliżej i bliżej wszystko co słyszymy. Jest to zaciekawiające i intrygujące. Patrzenie na nich również. Ktoś zaburza naszą prywatną przestrzeń, ale w sumie dlaczego miałby tego nie robić, skoro potrafi robić to tak dobrze? 

Lorenzo Senni  (https://soundcloud.com/sennilorenzo/sets/quantum-jelly) nie mógł pozostać dłużny, a swoimi kompozycjami wdarł się równie niespodziewanie do zmysłów słuchaczy. Dekonstrukcje dźwięków, powtarzanie różnego rodzaju fraz brzmieniowych, poszukiwanie, do którego Lorenzo zaprasza publiczność. Zaciekawia, trudno się od tego oderwać. Wpuszcza w świat, który opiera się tylko i wyłącznie na muzyce. Uwrażliwia, na to co publiczność zgromadzona w Manggdze słyszy tuż po nim. Pionierka muzyki elektronicznej, która przetarła szlaki kobietom, które chcą i potrafią tworzyć muzykę Suzanne Ciani oraz duet Neotantrik(Andy Votel i Sean Canty) pozwalają słuchaczowi zatopić się bez reszty w dźwiękach, skupić całą uwagę na tym co właśnie odbierają zmysły. Nie liczy się nic, nic innego nie ma teraz znaczenia. Trans, najprzyjemniejszy, najlżejszy i najcięższy, kontrastujący wszystkie emocje, które w sobie nosimy. Każdy dźwięki nosi, pobudza do oglądania muzyki, którą się słyszy. Nie sposób było nie zamknąć oczu(mimo, że wizualizacje były zaciekawiające i dopełniające) i dać się ponieść temu co się właśnie wydarza. Bycie najbliżej dźwięku jak to możliwe, dotykanie go, oswajanie się z nim, zaprzyjaźnianie. Tak, że aż trudno złapać dech w piersiach, kiedy nastaje koniec. Mocne i niezwykle lekkie. Dobitne.Pobudzające apetyt. Unsound trwa! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz