piątek, 15 marca 2013

Kontrasty dźwięków


Zdążyłam już zapomnieć(mimo, że pracuje w knajpie, w której takie dźwięki grane są na żywo dość często)jak przyjemnie jest wyjść na jazzowy koncert, bez tłumów i niepotrzebnego huku. Tym przyjemniej jeśli dzień wcześniej poznało się muzyków i wokalistkę(zespół to mieszanka szwedzko-australijskiej krwi), którzy swoją otwartością i pozytywnym nastawieniem zaskakują od samego początku. Od razu pomyślałam: może jednak przejde się jutro na ten koncert? I tak też się stało. SVELIA- bo o tym zespole mowa- zarówno w kontaktach personalnych jak i tych dźwiękowych zaskakuje naprawde bardzo pozytywnie. Wchodząc na koncert w myślach miałam rozmowe z dnia wcześniej z Casey Moir, wokalistką, która wypytuje o to, co powinni zobaczyć w Krakowie, chce się dowiedzieć jak długo trwa oprowadzanie po Auschwitz-Birkenau i z wypiekami na twarzy opowiada o pierwszych wrażeniach wobec miejsc, w których już byli. Absolutnie podekscytowana i zauroczona. Wraz z kolegami z zespołu chcą wykorzystać każdą chwilę pobytu w Grodzie, stąd nic dziwnego, że w noc przed koncertem polewamy im wódke.

Wtorek to bardzo dobry dzień na takie koncerty. Ma się w sobie zarówno to pobudzenie, które napędza do działania, jak i ten wewnętrzny spokój, że nareszcie wieczór, nareszcie mogę napić się lampki wina przy dobrych dźwiękach po całym dniu biegania to tu to tam. Niestety, pewnie z tego powodu, że Svelia nie jest zbyt popularna(zresztą nic dziwnego, bo to nowy projekt muzyków) publiczność dopisała zadowalająco, ale bez tłumów. Ci, którzy przyszli na pewno nie pożałowali. Eksperymentalny jazz to dość powszechne zjawisko na obecnej scenie, jednak Svelia wplata do tego dużo popowego brzmienia, nieco inspiracji Bjork, dużo korzysta z dźwięków zasłyszanych z ulicy czy tramwaju. Stanowczo to ostatnie robi najbardziej zaskakujące wrażenie, szczególnie wtedy, gdy pojękiwania instrumentów i wokalu jedynie przecinają kontrastowe spokojne piano. W dźwiękach słychać ruch, dynamikę, spontaniczność. Każdy utwór to świeża i szczera opowieść, jakby ktoś dokładnie w tym momencie przeżywał to, o czym mowa. Nic tylko zamknąć oczy i się wtapiać w dźwięki. To jednak byłoby za proste, co jakiś czas coś nowego każe nam spojrzeć, upewnić się, że to co się słyszy to prawde, że wokalistka wydobywa z siebie takie dźwięki, że jedyne co przychodzi do głowy: jej struny głosowe i świadomość swojego głosu, barwy to jeden z instrumentów! Robi nam się tym przyjemniej, kiedy po ogromnej dawce improwizjacji i eksperymentu słyszymy prawdziwy, spokojny wokal. Wisienką na torcie całego przedstawienia jest pierwszy z dwóch bisów(na które muzycy wychodzą z rumieńcami na twarzy) gdzie cudowna barwa głosu Casey obwieszcza: the emptiness is me, a każdy dźwięk kontrabasu, przyprawiony trąbką przenika się z wokalem jakby w sali nie było nic oprócz przestrzeni.  

https://soundcloud.com/caseymoir/2-i-love-you-you-love-me -> na efekty pracy samego projektu Svelia niestety trzeba jeszcze chwile poczekać! Uwierzcie, że warto!

A co do tych kontrastów? Nic innego jak to, że wtorkowo moje uszy rozpływają się w jazzowo-popowych dźwiękach, zaś czwartkowo(tak tak, dopiero piątek, a dla mnie właściwie weekend mógłby się już skończyć) upajam się ponoć obecnie bardzo popularną muzyką trapową. Ja co do tego określenia jestem nieco sceptyczna, może i Lunice ma słabość do trapowego grania, jednak bardziej kojarzę go z glitch-hopem i przyjemnym brudnym hip-hopem. O ile na Nowej Muzyce zagrał bardziej agresywny i niespokojny set, w Pauzie grał bardzo miękko, bitowo, przeplatając znane sztosy z wałkami, które pozwalały przynajmniej na moment zapomnieć o ścisku panującym na parkiecie. I jak już kiedyś wspomniałam- szczerze nienawidzę imprez w ścisku, i tęskniłam za nowomuzyczną przestrzenią- to muszę przyznać, że set Lunice’a( którego tym razem zobaczyć mogłam jedynie z perspektywy projektora) i jego swoboda poruszania się za dekami, frajda, którą ma z grania dla publiki i umiejętności absolutnie zrekomensowały niedogodności. Spodziewałam się takiego tłumu, nie zaskoczyło mnie również to, że wszyscy wyglądali podobnie(mogłabym mieć nawet kompleksy posiadania za krótkich włosów i braku czapeczki), ale brak dobrego nagłośnienia w sali, gdzie przy projektorze powstał drugi dancefloor to zdecydowanie większy niedosyt i ból niż oglądanie tylu pijanych ludzi w jednym miejscu! Nie zmienia to faktu, że publika była pełna energii, odbiór dźwięków wręcz nakłaniał kolejne osoby do tańczenia przy dobrych bitowo-piorunujących dźwiękachJ

Dobrego weekendu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz