poniedziałek, 2 września 2013

Raz niebo raz piekło

Niestety pierwszy raz odkąd bywam na Tauron Nowa Muzyka(a był to mój 4 raz) mój festiwal trwał tak krótko, bo tylko 2 dni. Mimo ogromnej sympatii dla Vladislav'a Delay'a nie mogłam rozpocząć zabawy w czwartek, a biorąc pod uwagę ciężar niedzielnego- po-festiwalowego życia odpuściłam sobie Darkstar'a, którego widziałam już wczesniej na Tauronie, a Yoshim Horikawą nacieszyłam się piątkowej nocy.

Tegoroczny festiwal Nowa Muzyka otworzył dla mnie Possitive Centre, który był otarciem łez po odwołaniu seta Mmoths, o czym dowiedziałam się w ostatniej chwili. Muszę przyznać, że bardzo chciałam usłyszeć Mmoths. Było to jedno z tych wydarzeń Tauronu, na których pragnęłam być, dlatego też nawet godzina 19 nie odstraszyła mnie by przybyć na miejsce. Moje zdziwienie jest tym większe, że mimo, iż nie usłyszałam Mmoths'a spędziłam pierwszą festiwalową godzinę naprawdę przyjemnie i Possitive Centre jest absolutnie jednym z milszych zaskoczeń muzycznych festiwalu. Myślę, że każdy chciałby mieć za siebie takie zastępstwo! Zresztą oceńcie sami: https://soundcloud.com/ourcirculasound/ocs007-positive-centre-an,  mrok, przestrzeń i dymowa mgła pod sceną, aż trudno uwierzyć, że to siódma wieczorem! 

Rzecz jasna zjawiając się w Dolinie Trzech Stawów tak wcześnie, nie można było sobie odmówić przyjemności ponownego usłyszenia uroczej i tajemniczej Holy Herndon! https://soundcloud.com/igetrvng/holly-herndon-fade Już na zeszłorocznym Unsoundzie ta kobieta przy idealnym manghowym nagłośnieniu zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale muszę przyznać, że dopiero w tym roku, poświęcając jej stuprocentową uwagę, docieniłam wszystko, co Holy daje publiczności podczas swoich koncertów. W kontraście jej małej, filigranowej osóbki, muzyka, którą serwuje jest jeszcze bardziej połamana, przepełniona sakralnością, niepokojem i zaglądaniem w coraz to bardziej mroczne zakątki dźwięku. Połamanie i płynność, kontrast goniący kontrast, a w tym wszystkim Jej uroczy, zawstydzony uśmiech. 

Powiedźcie mi tylko, co te dwa sety, Posstive Centre'a i Holy robią na festiwalowym timetable tak wcześnie!?

Godzinna przerwa pozwoliła nieco powłóczyć się po sielskiej Dolinie Trzech Stawów, której nie darzę zbyt dużą sympatią z wielu powodów. Oczywiście wszelkiego rodzaju kawiarenki i możliwość napicia się przepysznej kawy troche łagodziły niezadowolenie z kolejnego roku męczenia się w tej miejscówce. Zaraz gdy pojawiała się dobra muzyka zapominało sie jednak zupełnie o tym, że coś nas uwiera. Zdecydowanie Yoshi Horikawa wprowadził mnie w bardzo miły nastrój, serwując dużo zróżnicowanej i pięknie posklejanej muzyki. Osobiście jedno z pierwszych zaskoczeń festiwalu, gdyż byłam pewna ze godzina 22 pierwszego dnia będzie zarezerwowana dla Darling Farah. Jak łatwo się domyślić tak się nie stało. Poodbijałam się i od sceny LittleBig i od sceny RedBulla, jednak z miłą chęcią wybrałam właśnie Yoshiego na miłe pląsy. Moja słabosć do podsłuchów, odgłosów natury i wszelkiego rodzaju szmerów i trzasków została pobudzona właśnie przez tego Pana, który zaserwował ciężko-lekki set, przyprawiony bardzo dobrym tempem. Tylko jakoś ta scena Redbulla z drewnianą podłogą w środku polany nie współgrała z okolicznościami, 
nagłośnienie też mogłoby robić lepsze wrażenie. 

Zaraz po Yoshim pobiegłam rzecz jasna Jona Hopkins'a https://soundcloud.com/jonhopkins/jon-hopkins-breathe-this-air, którego miałam okazje usłyszeć już w tym roku na Audioriver w Płocku. Troche gorszy set niż na Audio, jednak Hopkins to Hopkins, tańczyło się całkiem dobrze, ten człowiek zawsze wpuszcza do mojego serca jakąś niesamowitą lekkość. Nastrój był tak samo dobry, a może nawet lepszy, by tuż po uslyszeniu Jona lecieć pod scenę LittleBig by usłyszeć duet Jets. Tam jednak nie zabawiłam zbyt długo mimo ogromnej sympatii i sentymentu do Jimmiego Edgar'a i Travis'a Stewart'a. Kolejny zawód spotkał mnie na koncercie Amona Tobina jako Two Fingers, który w tej odsłonie mnie zupełnie nie przekonuje.  Rzecz jasna pojawiały się momenty, kiedy słychać starego dobrego Tobina i Jego charakterystyczne pełne głębi dźwięki, jednak cały set był jak dla mnie raczej poszarpany, momentami niespójny. Mimo całej miłości do Amona (od tygodnia zamęczam wszystko co wyszło spod Jego rąk) słuchając tegorocznej odsłony tego Pana, tęskniłam za widowiskiem sprzed dwóch lat, rzecz jasna w dawnej Kopalni Węgla Kamiennego Katowice, która jeszcze mocnej podbijała całe widowisko!

Po kilku wzlotach i upadkach, marznięciu i próbie rozgrzania się, reszta piątkowej nocy upłynęła pod znakiem raczej mocnych, połamanych i ofensywnych dźwięków. Współczuje tym, których uszy raczej mają trudność z odbiorem aż tak mocnego brzmienia, gdyż stanowczo ostatnie godziny pierwszego(a właściwie drugiego) dnia festiwalu były bardzo pomięte. Właściwie tę tendencję zapoczątkował już Two Fingers, jednak im późniejsza godzina tym trudniej. I o ile Tobin zrobił na mnie średnie wrażenie(nie zapominajmy że mam ogromny szacunek do tego człowieka bez względu na wszystko) to dalszy ciąg nocy upłynął mi naprawdę przyjemnie. http://www.youtube.com/watch?v=3og0oFiDO3U ze względu na to, że LFO współpracowało m.in. z kobietą mojego życia czyli Bjork, bardzo chciałam usłyszeć tej nocy dźwięki, które w domowych pieleszach niejednokrotnie mnie zaskakiwały. Było dobrze, mrocznie, dziwacznie. Szczególnie, że tempo mojego organizmu potrzebowało raczej szybszego tempa niż leżaka. Gdzieś tam pod koniec zaczęło się wszystko rozjeżdżać, dźwięki zbyt ofensywnie uderzały do głowy, dlategóż czym prędzej pobiegłam po napój(szkoda, że nie gorący), by za dziesięć minut wrócić na próbę dźwięku Aaron'a Funk'a i chwilę później tuż pod sceną zatapiać się w dźwiękach serwowanych przez Venetian Snares. Ze względu na doborowe towarzystwo tego festiwalu, po raz kolejny (po ostatnim koncercie Aarona w krakowskiej Fabryce) mogłam już w pełni nacieszyć się tym, co ten człowiek serwuje swojej publice.  Ten Pan stanowczo łączy pod sceną wiele wygłodniałych na dźwięki głów i co więcej, każdą z nich zabiera podczas swoich setów w odległe krainy przepełnione głębią, agresywnością i siłą. 

Piątkowa noc została zamknięta chwilą pod sceną na Dawn Day Night i przypieczętowana półgodzinnym oczekiwaniem pod drzwiami, by ktoś wreszcie się zbudził i otworzył drzwi. 

Sobotni dzień ogólnie nie należał do najłatwiejszych. Stanowczo pierwszy posiłek dnia można było zjeść dopiero koło 15, by móc później po prostu napić się piwka i złapać tych, których nie udało się spotkać pierwszego dnia festiwalu. Drugi dzień festiwalu okazał się dźwiękowo jeszcze bardziej łaskawy, a cała noc przeminęła jakby za pstryknieciem palców. W głowie kłębiły się dźwięki które zakazywały marnowania cennego czasu na rozmowy z kimkolwiek.

Sobotę tak jak i poprzednią noc rozpoczął set na scenie LittleBig. Występ, na który czekałam z niemałą niecierpliwością: SOHN https://soundcloud.com/sohnmusic/t-h-e-w-h-e-e-l ,który absolutnie zachwycił swoim koncertem. Kombinacja elektroniczno-akustycznych dźwięków, przyprawiona dużym ładunkiem emocjonalności i wymowności. Skondensowanie wokalu, głosu i niewerbalności. Najlepiej! Idealny początek sobotniego piekła pełnego radości i odkrywania nowych odchłani muzycznych, na które reaguje mój mózg!

Trzeba wspomnieć, że sobota to była noc zaskoczeń muzycznych, które rozpoczął koncert Jamie'go Liddela, na którego miałam wpaść tylko na chwile, a zostałam na całą godzinę. https://soundcloud.com/jamie-lidell/why_ya_why Nie spodziewałam się tej radości, lekkości i miłych pląsów! Tym dziwniejsze, że zarówno przed jak i po festiwalu Jamie nie brzmi w moich głośnikach tak dobrze!

https://soundcloud.com/gregor-schwellenbach/sets/kom275 Gregor Schwellenbach Spielt 20 Jahre Kompakt to kolejne ogromne zaskoczenie festiwalu. Nieoczekiwany ferwor dźwięków i przyjemności słuchania, jakie Swelenbach wraz z orkiestrą zaserwowali publiczności. Piękno w czystej postaci.

Zaraz później moje nogi pognały na scenę Redbulla, której timetable z powodu odwołanego seta Dj. Koze'go został zupełnie zmodyfikowany. Moje zadowolenie jednak nie malało, gdyż Coma dał jeden z lepszych setów podczas całego festiwalu, pozwalając sobie na kompletną dźwiękową przestrzeń, dosłowny dźwiękowy koktajl. https://soundcloud.com/dirtyoysterpearl/coma-owsey-imagine-that Pierwszy sobotni oddech, pierwsza ogromna płaszczyzna dźwięku, która pozwalała rozpościerać się po powietrznej tafli. 
Właściwie po pozornej pauzie, dźwiękowej śpiączce, sobotnia noc nabrała ogromnego tempa. Zdaje się, że sobotnie zmiany w lineup'ie podziałały bardzo na korzyść.

Nie da się jednak zapominać o tym, że zarówno piątkowy jak i sobotni timetable oburzały w pewnych kwestiach! Mmoths(a w rezultacie Possive Centre), Holy Herndon czy wreszcie Sohn rozpoczynali swoje występy zdecydowanie za wcześnie, szczególnie biorąc pod uwagę muzykę, którą tworzą i atmosferę jaką wytwarzają podczas swoich występów. Szczególnie jeśli melancholijne Ul/Kr na Tauronie gra o 2 w nocy! Zimno, które szczególnie w Dolinie Trzech Stawów również dawało w kość kazało przypomnieć, że
brakuje na całym festiwalu ciepłego miejsca, gdzie po prostu można zapalić sobie papieroska i nie słyszeć zewsząd muzyki dudniącej w głowie. Rzecz jasna, na festiwal przyjeżdża się dla muzy, ale możliwość wyłączenia mózgu na moment też jest bardzo w cenie! 

Chwila z The Brandt Brauer Frick Ensemble, których miałam szanse usłyszeć na wcześniejszej edycji festiwalu i zupełne zingnorowanie dużej sceny(na Audioriver zrobiłam zresztą podobnie) sprawiło, że do końca festiwalowego życia zamknęłam się pod sceną RedBull poznając Matiasa Aguayo i Diegors'a, których duet miał pocieszyć tych, którzy czekali na Koze'go oraz Sid Le Rock'a, który wyjątkowo mnie zaskoczył energicznym i ciekawym setem.  

Rzecz jasna ostatnie pare godzin(sic!) Tauronu Nowej Muzyki 2013 spędziłam zatapiając się w dźwiękach Robag'a Wruhme'a, w którym absolutnie jestem muzycznie zakochana i który trafiał we mnie swoimi dźwiękami najlepiej na świecie. Cała przestrzeń jaką mi pokazał i zakamarki mojego mózgu, do których dotarł dźwiękiem były najlepszym doświadczeniem całego festiwalu. W sam raz na postanie później w pełnym słońcu by nieco ocieplić swoje ciało po tak długiej wyprawie. Zresztą kto nie zna, niech sprawdza, a kto chce usłyszeć na żywo niech się zjawi w Prozaku 26 października https://www.facebook.com/events/122309824605944/?fref=ts. Wiadomo, że to nie to samo co Tauron, ale zawsze coś !
https://soundcloud.com/pamparecords/robag-wruhme-pnom-gobal przesłuchujcie, zatapiajcie się w dźwiękach!:) 

                                                           Raz niebo raz piekło! Pozdro! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz