wtorek, 14 października 2014

pobudzanie zmysłów



Kraków nie mógł lepiej powitać Unsound jak piękną, złocistą, ciepłą jesienią, która wita każdą osobę przybywającą na festiwal. Nawet mgła zdaje się być bardziej angielska, jakby witająca choćby osoby z wysp przybywające do Polski.  Każdy promień słońca i ciepłe powietrze nocą rozpieszcza festiwalowiczów przepełnionych eksytacją i zachwytem  zapachami, wibracjami, przestrzenią i energią, którymi są przepełnione wszystkie dźwięki, które usłyszeli do tej pory.

Dzień I

Niedziela otwierająca Unsound to jedna z lepszych niedziel, jakie spotkały mnie ostatnio. Początek festiwalu godny podziwu. Narastająca energia, od spokojnych stonowanych dźwięków, poprzez jazzowe improwizacje i radosne tańce, aż po sensualne, introwertyczne przestrzenie. Każdy z koncertów i setów to zupełnie inna opowieść, inny sposób wyrażania emocji i przekazywania dobrej iskry swoim słuchaczom.
Mój Unsound otworzyli Hildur Gudnadottir i Skúli Sverrisson   (https://www.youtube.com/watch?v=4Fqi5CKduX0) swoją niepowtarzalną opowieścią, która nakłaniała do wielu przemyśleń, wyostrzała wzrok na przestrzeń Muzeum Inżynierii Miejskiej, które kryje pod swoim dachem złożoność przepięknych przedmiotów i budowlanych kombinacji. Bardzo spokojne, stonowane wkroczenie w tygodniową przygodę z dźwiękiem, przyjemny oddech, ulga, by wszystko następne móc przyjmować z jeszcze większą przyjemnością i ciekawością. Niezastąpiony dobry spokój. Spokój, który następny koncert przeobraził w instrumentalną rozmowę pomiędzy muzykami z The Necks & Radian. Wszyscy jakby wyrwani z kontekstu, każdy z nich ma swoje miejsce na scenie i swoją muzyczną przestrzeń, każdy z nich jest elementem układanki, która jako zespół gra przed usnoundową widownią. Przestrzeń muzeum dostosowuje się do tej nadanej przez muzyków. Dopełnia jej. Każdy element tej układanki jest ważny, każdy dźwięk spełnia tu swoją rolę. Bez tego piano tamten dźwięk nie brzmiałby tak cudownie, bez tej perkusji ten kontrabas nie wyłoniłby się tak spektakularnie. Dialog pomiędzy muzykami dwóch zespołów, którzy dla Unsoundu stają się jedną, konwersującą ze sobą grupą. Improwizacja na najwyższym poziomie, przenikające się gatunki, zmiany przestrzeni muzycznych, do których muzycy zapraszają słuchaczy. Każdy wokół mnie ma zamknięte oczy, każda z osób pozwala się ponieść to mocnym, ostrym dźwiękom to delikatnemu opadaniu. Spotkanie otwartych umysłów wrażliwych na dźwięki, otworzenie innych umysłów na dźwięki.

Pierwsza część niedzielnego wieczoru rozbudziła we mnie głód na to co przyniesie ze sobą cały ten tydzień. Te dwa bardzo zaskakujące koncerty otworzyły przestrzeń, w której poruszać będzie się Unsound przez cały najbliższy tydzień. Złożoność emocji, różnorodność energii i poruszanie się na krawędziach wszystkich zmysłów. I to naprawdę dobre (mimo smutku nie odbycia się imprezki otwarcia w dawnym Hotelu Cracovia), że miejsce zastępcze okazało się nową, fajną przestrzenią nieznaną wielu osobom mieszkającym w Krakowie. Mogło by tylko być nieco chłodniej, jednak wnętrze Smakołyków pozwalało o tym szybko zapomnieć, by móc łapać radosną muzykę wypełniającą przestrzeń przyjemnego danceflooru i całej knajpy.  Ninos du Brasil (https://soundcloud.com/factmag/ninos-du-brasil-sombra-da-lua) otworzyli tą radosną, beztroską część Unsoundowego tygodnia. To naprawdę pomost pomiędzy karnawałem, a sceną klubową, jak możemy wyczytać w opisie artystów. Duet nie boi się żadnego brzmienia, samba i afrykańskie dźwięki nadają żywiołowości metalicznym, topornym rytmom. Wszystko radosne, kontrastujące się ze sobą i dające energię do tańca. Zabawa, chęć pozostania w tym rytmicznym transie jak  najdłużej! 
Na całe szczęście Philip Sherburne (https://soundcloud.com/psherburne/storm-birds) pomógł złapać oddech po szaleństwach z Nonos du Brasil wprowadzając publikę do całkiem innego dźwiękowego świata. Dużo bardziej introwertycznego, sensualnego, delikatnie szorstkiego. Brzmieniowe transy, preludium do doświadczania dźwięku tak blisko, troche dotykania każdego z nich. Idealny wstęp do poniedziałkowych występów w uwielbianymej przez festiwalowiczów muzeum Manggha. Jakby oswojenie unsoundowej publiki z tego typu doświadczaniem muzyki, na krawędziach zmysłów.

Dzień II

Zdecydowanie ten poniedziałek był dla mnie bardzo łaskawy, nie mogłam się nadziwić czemu wszyscy tacy niezadowoleni. Cały dzień przeleciał mi w radości tym co usłyszałam dnia poprzedniego i ekscytacji tym co usłyszęe, posłucham, poczuje i doświadczę. Najpierw przepełniający optymizmem i ciepłem panel, podczas którego kobieta, na którą czekałam od dawna by móc usłyszeć jej dźwięki i móc posłuchać co ma do powiedzenia Suzanne Ciani (https://www.youtube.com/watch?v=9gjb6mrFTH0&list=PL9493E2D5BF5C6842) i legendarny Andy Votel rozmawiają o tym co Ciani spotkało na poszególnych etapach jej kariery, o tym jak wiele drzwi przed nią zamykano, jak wiele ludzi nie rozumiało muzyki, którą tworzy i jak wielu genialnych ludzi spotkała na swojej drodze. Wszystko w przyjemnej, swobodnej atmosferze, przepełnione ciepłem, którym Suzanne aż kipi i zabawnym humorem Andy’ego. Idealny wstęp by pobiec na otwarcie instalacji EPHEMERA w Domu Sołayewskich. Premiera linii pefum stworzonych specjalnie dla Unsoundu przez Geze Schoena, który zainspirowany dźwiękami Steva’a Goodmana, Tima Heckera i Bena Frosta stworzył trzy zupełnie unikatowe zapachy, którychm nadał imiona Bass, Noise i Drone. Wszystko włożone w oprawę wizualną Piotra Jakubowicza, Manuela Sepulveda i Marcel’a Webera. Jakby instalacja stała się butelką perfum, z której nie chce się wychodzić. Dźwięk przenika się z zapachem, zapach jest dźwiękiem, którego obraz wygląda następująco. Zapachy siedzą w głowie jeszcze długo po wyjściu z wystawy, jakby przeniknęły każdy zmysł. Z takim dniem, wieczór, na który się czeka jest jeszcze bardziej intrygujący. Zresztą od zawsze te unsoudowe poniedziałkowo- wtorkowo- środowe koncerty są dla mnie  dniami przekraczania granic dźwiękowych, które siłą rzeczy sobie jakoś wyznaczamy choćby skupiając się na danym gatunku w okresach poszukiwań muzycznych. Puszczam to wolno, z ciekawością łapię wszystko co nowe, z radością przyjmuje to co już znane, ale podane w innej formie. Poniedziałkowa Manggha z całą pewnością zaskoczyła wielu tak samo jak mnie. Każdy z setów to zupełnie inny świat. Każdy z koncertów to zupełnie(dosłownie) inna przestrzeń. Każdy z koncertów to dotykanie zupełnie innych nerwów, pobudzanie innych zmysłów. Tak że aż przez gardło nie może przecisnąć się słowo. Zapierające dech w piersiach. Jakby każdy uczestnik dostał cybuchem w głowę i był z tego powodu zadowolony najbardziej na świecie. Już Remont Pomp i Mikołaj Trzaska Ircha Clarinet Quartet, których słyszałam ostatnie 20 minut zaskoczyli wykorzystaniem przestrzeni sceny i podejściem do relacji panujących na deskach. Bardzo teatralny koncert, łączący ruch sceniczny z muzycznym porozumieniem muzyków. Muzycy, którzy są aktorami tego koncertu. Dużo zaskakujących instrumentalnych rozwiązań, biesiadny radosny dialog, aktorzy rozmawiający dźwiękami. Obserwowanie przyjemnej biesiady zaburzyli panowie z Navnlaust Mønster Opptog(NMO), którzy wyszli(dosłownie) do publiczności, najpierw przebiegając raz po raz po sali i wprowadzając publiczność w bardzo marszowe, mechaniczne rytmy. Morton J. Olsen i Ruben Patino z całą pewnością chcą wchodzić w interakcje z słuchającymi, nieco kontrowersyjnie, nieco zaskakująco, nagle. Energia jaką nadają całemu występowi sprawia, że zaczynamy być coraz bardziej otwarci na to co słyszymy, chcemy mieć jeszcze bliżej i bliżej wszystko co słyszymy. Jest to zaciekawiające i intrygujące. Patrzenie na nich również. Ktoś zaburza naszą prywatną przestrzeń, ale w sumie dlaczego miałby tego nie robić, skoro potrafi robić to tak dobrze? 

Lorenzo Senni  (https://soundcloud.com/sennilorenzo/sets/quantum-jelly) nie mógł pozostać dłużny, a swoimi kompozycjami wdarł się równie niespodziewanie do zmysłów słuchaczy. Dekonstrukcje dźwięków, powtarzanie różnego rodzaju fraz brzmieniowych, poszukiwanie, do którego Lorenzo zaprasza publiczność. Zaciekawia, trudno się od tego oderwać. Wpuszcza w świat, który opiera się tylko i wyłącznie na muzyce. Uwrażliwia, na to co publiczność zgromadzona w Manggdze słyszy tuż po nim. Pionierka muzyki elektronicznej, która przetarła szlaki kobietom, które chcą i potrafią tworzyć muzykę Suzanne Ciani oraz duet Neotantrik(Andy Votel i Sean Canty) pozwalają słuchaczowi zatopić się bez reszty w dźwiękach, skupić całą uwagę na tym co właśnie odbierają zmysły. Nie liczy się nic, nic innego nie ma teraz znaczenia. Trans, najprzyjemniejszy, najlżejszy i najcięższy, kontrastujący wszystkie emocje, które w sobie nosimy. Każdy dźwięki nosi, pobudza do oglądania muzyki, którą się słyszy. Nie sposób było nie zamknąć oczu(mimo, że wizualizacje były zaciekawiające i dopełniające) i dać się ponieść temu co się właśnie wydarza. Bycie najbliżej dźwięku jak to możliwe, dotykanie go, oswajanie się z nim, zaprzyjaźnianie. Tak, że aż trudno złapać dech w piersiach, kiedy nastaje koniec. Mocne i niezwykle lekkie. Dobitne.Pobudzające apetyt. Unsound trwa! 

wtorek, 10 czerwca 2014

"Za dużo alkoholu dziewczyny!"

             

                Doświadczyłam ostatnio jednego z lepszych przeżyć związanych z muzyką w moim życiu. Zaskakująco, spontanicznie, o dziwo przygotowana do tej przemiłej podróży. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeoczyć to wydarzenie, mimo, że ekscytowałam się dużo mniej niż przy innych, na których oczekiwałam jakiś szmat czasu. Te kobiety pojawiły się z nikąd i pokazały mi(dały usłyszeć) zupełnie inny, ciekawy świat. Zmieniały przestrzeń Pauzowej piwnicy, nie dały przejść obojętnie, wdzierały się swoją muzyką wszędzie i nie pozwalały się wyrwać ani na chwile(chyba,  że na papieroska jakoś w progu).
                Mowa rzecz jasna o Blond:ish( zaproszone do Polski przez C&C bookings i Niestrudzonych Pielgrzymów: Tamila i Jacka) które w przedostatnią sobotę zawładnęły Pauzą, której Jacek ‘mówi(ł) dobranoc. Impreza pożegnalna godna menagera muzycznego miejsca, które pozwoliło mi usłyszeć i poznać tak wiele dźwięków. Imprezy legendarne, nieprzyzwoicie beztroskie i przepełnione dobrym brzmieniem. To przemiło, że tuż przed końcem udało się te panie sprowadzić i dać się ponieść sterom Blond:ish.
                Wracając jednak do początku tej nocy los pozwolił usłyszeć artystów, którzy dźwiękami przekazują wszystko, poniekąd ekshibicjonistycznie poniekąd odlegle. Działając na emocje, nastroje swoich słychaczy. Mat Karmil, którego przyjemność miałam usłyszeć na Barce(która coraz mocniej zakreśla się na mapie imprezowej Krakowa, z przestrzenią danceflooru, dobrym sound’em i klimatem łodzi podwodnej) wraz z moimi towarzyszkami podróży pozwolił nam posłuchać i zobaczyć nieco przestrzeni w muzyce. Kilkukanałowe podsłuchiwanie dźwięków, które jakby wydobywały się z wnętrza samego Karmila. Wszystko dookoła ładne, a Mat swoim setem pozwalał się zastanowić, troche potańczyć, sobie się wsłuchać. Sprawiający wrażenie zwinnego, jakby wstrzeliwując się w moment. Bardzo przyjemne!
Mimo tego, że wraz z towarzyszką muzycznej podróży(druga już dotarła) zastanawiałyśmy się chwile, czy właściwie pomysł zmierzania na Floriańską jest dobry, zdecydowałyśmy się. Nawet dobrze ten spacer nam zrobił, to miasto przecież takie ładne. Docierając na miejsce nie spodziewałyśmy się tego, że wraz z wejściem na dancefloor nastąpi nasz ‘log out’ i teraz liczyć będą się tylko dźwięki. Blond:ish u sterów, dźwiękami zmieniają przestrzeń każdego zakamarka tej piwnicy. Każda z nich nie strzela na ślepo, b2b przeplatane występami solo sprawdza się najlepiej na świecie. Żaden ruch nie jest nie na miejscu, z każdym kolejnym numerem wydawało się, że publiczność jest coraz głębiej i głębiej w muzyce. Rozglądałyśmy się nawet dookoła i jednogłośnie stwierdziłyśmy, że dawno nie byłyśmy w Pauzie wśród tak skupionych na dźwiękach ludzi. Ostatni raz chyba na Long Arm, kiedy każdy dokładnie wiedział po co tu przyszedł i czego potrzebuje. Tej soboty było dokładnie tak samo. Dziewczyny raz podkręcały tempo, raz zawieszały dźwięki na krawędziach. Bawiły się umysłami i doznaniami, same wyglądały na zafascynowane tym co się wydarza, same pozwalały sobie na emocje. Przerzucając się, raz jedna raz druga, utrzymywały ciągłość i nie przestawały się droczyć, a każda z osobna ukazywała swoją niepowtarzalną wrażliwość na dźwięki. Publika chciała więcej i więcej, a one to dawały. Niosły całą tą przestrzeń. Zaskakiwały trzaskami i szmerami, były intrygujące, zmysłowe i sensualne. Jedyne w swoim rodzaju. Poruszające najdziwniejsze zakamarki głowy. Miło to było usłyszeć, miło było tego doświadczyć.
https://www.youtube.com/watch?v=KANvX14WJBc Myśle jednak, że tego typu sety jak tamtej nocy po prostu trzeba było usłyszeć, albo łapać te panie gdziekolwiek się pojawią w którymkolwiek z miejsc wówczas będziecie.


Pierwszy raz w tym miejscu poczułam taką dobrą energię. Pierwszy raz od samego początku seta gwiazd za konsolami czułam, że będzie to coś wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju. Dużo ciekawych  ludzi, ogrom niepowtarzalnych dźwięków. Tylko się wsłuchać i nie odklejać się od podłogi. Otwierać siebie z każdym szelestem. Majstersztyk na Dobranoc! 

poniedziałek, 2 września 2013

Raz niebo raz piekło

Niestety pierwszy raz odkąd bywam na Tauron Nowa Muzyka(a był to mój 4 raz) mój festiwal trwał tak krótko, bo tylko 2 dni. Mimo ogromnej sympatii dla Vladislav'a Delay'a nie mogłam rozpocząć zabawy w czwartek, a biorąc pod uwagę ciężar niedzielnego- po-festiwalowego życia odpuściłam sobie Darkstar'a, którego widziałam już wczesniej na Tauronie, a Yoshim Horikawą nacieszyłam się piątkowej nocy.

Tegoroczny festiwal Nowa Muzyka otworzył dla mnie Possitive Centre, który był otarciem łez po odwołaniu seta Mmoths, o czym dowiedziałam się w ostatniej chwili. Muszę przyznać, że bardzo chciałam usłyszeć Mmoths. Było to jedno z tych wydarzeń Tauronu, na których pragnęłam być, dlatego też nawet godzina 19 nie odstraszyła mnie by przybyć na miejsce. Moje zdziwienie jest tym większe, że mimo, iż nie usłyszałam Mmoths'a spędziłam pierwszą festiwalową godzinę naprawdę przyjemnie i Possitive Centre jest absolutnie jednym z milszych zaskoczeń muzycznych festiwalu. Myślę, że każdy chciałby mieć za siebie takie zastępstwo! Zresztą oceńcie sami: https://soundcloud.com/ourcirculasound/ocs007-positive-centre-an,  mrok, przestrzeń i dymowa mgła pod sceną, aż trudno uwierzyć, że to siódma wieczorem! 

Rzecz jasna zjawiając się w Dolinie Trzech Stawów tak wcześnie, nie można było sobie odmówić przyjemności ponownego usłyszenia uroczej i tajemniczej Holy Herndon! https://soundcloud.com/igetrvng/holly-herndon-fade Już na zeszłorocznym Unsoundzie ta kobieta przy idealnym manghowym nagłośnieniu zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale muszę przyznać, że dopiero w tym roku, poświęcając jej stuprocentową uwagę, docieniłam wszystko, co Holy daje publiczności podczas swoich koncertów. W kontraście jej małej, filigranowej osóbki, muzyka, którą serwuje jest jeszcze bardziej połamana, przepełniona sakralnością, niepokojem i zaglądaniem w coraz to bardziej mroczne zakątki dźwięku. Połamanie i płynność, kontrast goniący kontrast, a w tym wszystkim Jej uroczy, zawstydzony uśmiech. 

Powiedźcie mi tylko, co te dwa sety, Posstive Centre'a i Holy robią na festiwalowym timetable tak wcześnie!?

Godzinna przerwa pozwoliła nieco powłóczyć się po sielskiej Dolinie Trzech Stawów, której nie darzę zbyt dużą sympatią z wielu powodów. Oczywiście wszelkiego rodzaju kawiarenki i możliwość napicia się przepysznej kawy troche łagodziły niezadowolenie z kolejnego roku męczenia się w tej miejscówce. Zaraz gdy pojawiała się dobra muzyka zapominało sie jednak zupełnie o tym, że coś nas uwiera. Zdecydowanie Yoshi Horikawa wprowadził mnie w bardzo miły nastrój, serwując dużo zróżnicowanej i pięknie posklejanej muzyki. Osobiście jedno z pierwszych zaskoczeń festiwalu, gdyż byłam pewna ze godzina 22 pierwszego dnia będzie zarezerwowana dla Darling Farah. Jak łatwo się domyślić tak się nie stało. Poodbijałam się i od sceny LittleBig i od sceny RedBulla, jednak z miłą chęcią wybrałam właśnie Yoshiego na miłe pląsy. Moja słabosć do podsłuchów, odgłosów natury i wszelkiego rodzaju szmerów i trzasków została pobudzona właśnie przez tego Pana, który zaserwował ciężko-lekki set, przyprawiony bardzo dobrym tempem. Tylko jakoś ta scena Redbulla z drewnianą podłogą w środku polany nie współgrała z okolicznościami, 
nagłośnienie też mogłoby robić lepsze wrażenie. 

Zaraz po Yoshim pobiegłam rzecz jasna Jona Hopkins'a https://soundcloud.com/jonhopkins/jon-hopkins-breathe-this-air, którego miałam okazje usłyszeć już w tym roku na Audioriver w Płocku. Troche gorszy set niż na Audio, jednak Hopkins to Hopkins, tańczyło się całkiem dobrze, ten człowiek zawsze wpuszcza do mojego serca jakąś niesamowitą lekkość. Nastrój był tak samo dobry, a może nawet lepszy, by tuż po uslyszeniu Jona lecieć pod scenę LittleBig by usłyszeć duet Jets. Tam jednak nie zabawiłam zbyt długo mimo ogromnej sympatii i sentymentu do Jimmiego Edgar'a i Travis'a Stewart'a. Kolejny zawód spotkał mnie na koncercie Amona Tobina jako Two Fingers, który w tej odsłonie mnie zupełnie nie przekonuje.  Rzecz jasna pojawiały się momenty, kiedy słychać starego dobrego Tobina i Jego charakterystyczne pełne głębi dźwięki, jednak cały set był jak dla mnie raczej poszarpany, momentami niespójny. Mimo całej miłości do Amona (od tygodnia zamęczam wszystko co wyszło spod Jego rąk) słuchając tegorocznej odsłony tego Pana, tęskniłam za widowiskiem sprzed dwóch lat, rzecz jasna w dawnej Kopalni Węgla Kamiennego Katowice, która jeszcze mocnej podbijała całe widowisko!

Po kilku wzlotach i upadkach, marznięciu i próbie rozgrzania się, reszta piątkowej nocy upłynęła pod znakiem raczej mocnych, połamanych i ofensywnych dźwięków. Współczuje tym, których uszy raczej mają trudność z odbiorem aż tak mocnego brzmienia, gdyż stanowczo ostatnie godziny pierwszego(a właściwie drugiego) dnia festiwalu były bardzo pomięte. Właściwie tę tendencję zapoczątkował już Two Fingers, jednak im późniejsza godzina tym trudniej. I o ile Tobin zrobił na mnie średnie wrażenie(nie zapominajmy że mam ogromny szacunek do tego człowieka bez względu na wszystko) to dalszy ciąg nocy upłynął mi naprawdę przyjemnie. http://www.youtube.com/watch?v=3og0oFiDO3U ze względu na to, że LFO współpracowało m.in. z kobietą mojego życia czyli Bjork, bardzo chciałam usłyszeć tej nocy dźwięki, które w domowych pieleszach niejednokrotnie mnie zaskakiwały. Było dobrze, mrocznie, dziwacznie. Szczególnie, że tempo mojego organizmu potrzebowało raczej szybszego tempa niż leżaka. Gdzieś tam pod koniec zaczęło się wszystko rozjeżdżać, dźwięki zbyt ofensywnie uderzały do głowy, dlategóż czym prędzej pobiegłam po napój(szkoda, że nie gorący), by za dziesięć minut wrócić na próbę dźwięku Aaron'a Funk'a i chwilę później tuż pod sceną zatapiać się w dźwiękach serwowanych przez Venetian Snares. Ze względu na doborowe towarzystwo tego festiwalu, po raz kolejny (po ostatnim koncercie Aarona w krakowskiej Fabryce) mogłam już w pełni nacieszyć się tym, co ten człowiek serwuje swojej publice.  Ten Pan stanowczo łączy pod sceną wiele wygłodniałych na dźwięki głów i co więcej, każdą z nich zabiera podczas swoich setów w odległe krainy przepełnione głębią, agresywnością i siłą. 

Piątkowa noc została zamknięta chwilą pod sceną na Dawn Day Night i przypieczętowana półgodzinnym oczekiwaniem pod drzwiami, by ktoś wreszcie się zbudził i otworzył drzwi. 

Sobotni dzień ogólnie nie należał do najłatwiejszych. Stanowczo pierwszy posiłek dnia można było zjeść dopiero koło 15, by móc później po prostu napić się piwka i złapać tych, których nie udało się spotkać pierwszego dnia festiwalu. Drugi dzień festiwalu okazał się dźwiękowo jeszcze bardziej łaskawy, a cała noc przeminęła jakby za pstryknieciem palców. W głowie kłębiły się dźwięki które zakazywały marnowania cennego czasu na rozmowy z kimkolwiek.

Sobotę tak jak i poprzednią noc rozpoczął set na scenie LittleBig. Występ, na który czekałam z niemałą niecierpliwością: SOHN https://soundcloud.com/sohnmusic/t-h-e-w-h-e-e-l ,który absolutnie zachwycił swoim koncertem. Kombinacja elektroniczno-akustycznych dźwięków, przyprawiona dużym ładunkiem emocjonalności i wymowności. Skondensowanie wokalu, głosu i niewerbalności. Najlepiej! Idealny początek sobotniego piekła pełnego radości i odkrywania nowych odchłani muzycznych, na które reaguje mój mózg!

Trzeba wspomnieć, że sobota to była noc zaskoczeń muzycznych, które rozpoczął koncert Jamie'go Liddela, na którego miałam wpaść tylko na chwile, a zostałam na całą godzinę. https://soundcloud.com/jamie-lidell/why_ya_why Nie spodziewałam się tej radości, lekkości i miłych pląsów! Tym dziwniejsze, że zarówno przed jak i po festiwalu Jamie nie brzmi w moich głośnikach tak dobrze!

https://soundcloud.com/gregor-schwellenbach/sets/kom275 Gregor Schwellenbach Spielt 20 Jahre Kompakt to kolejne ogromne zaskoczenie festiwalu. Nieoczekiwany ferwor dźwięków i przyjemności słuchania, jakie Swelenbach wraz z orkiestrą zaserwowali publiczności. Piękno w czystej postaci.

Zaraz później moje nogi pognały na scenę Redbulla, której timetable z powodu odwołanego seta Dj. Koze'go został zupełnie zmodyfikowany. Moje zadowolenie jednak nie malało, gdyż Coma dał jeden z lepszych setów podczas całego festiwalu, pozwalając sobie na kompletną dźwiękową przestrzeń, dosłowny dźwiękowy koktajl. https://soundcloud.com/dirtyoysterpearl/coma-owsey-imagine-that Pierwszy sobotni oddech, pierwsza ogromna płaszczyzna dźwięku, która pozwalała rozpościerać się po powietrznej tafli. 
Właściwie po pozornej pauzie, dźwiękowej śpiączce, sobotnia noc nabrała ogromnego tempa. Zdaje się, że sobotnie zmiany w lineup'ie podziałały bardzo na korzyść.

Nie da się jednak zapominać o tym, że zarówno piątkowy jak i sobotni timetable oburzały w pewnych kwestiach! Mmoths(a w rezultacie Possive Centre), Holy Herndon czy wreszcie Sohn rozpoczynali swoje występy zdecydowanie za wcześnie, szczególnie biorąc pod uwagę muzykę, którą tworzą i atmosferę jaką wytwarzają podczas swoich występów. Szczególnie jeśli melancholijne Ul/Kr na Tauronie gra o 2 w nocy! Zimno, które szczególnie w Dolinie Trzech Stawów również dawało w kość kazało przypomnieć, że
brakuje na całym festiwalu ciepłego miejsca, gdzie po prostu można zapalić sobie papieroska i nie słyszeć zewsząd muzyki dudniącej w głowie. Rzecz jasna, na festiwal przyjeżdża się dla muzy, ale możliwość wyłączenia mózgu na moment też jest bardzo w cenie! 

Chwila z The Brandt Brauer Frick Ensemble, których miałam szanse usłyszeć na wcześniejszej edycji festiwalu i zupełne zingnorowanie dużej sceny(na Audioriver zrobiłam zresztą podobnie) sprawiło, że do końca festiwalowego życia zamknęłam się pod sceną RedBull poznając Matiasa Aguayo i Diegors'a, których duet miał pocieszyć tych, którzy czekali na Koze'go oraz Sid Le Rock'a, który wyjątkowo mnie zaskoczył energicznym i ciekawym setem.  

Rzecz jasna ostatnie pare godzin(sic!) Tauronu Nowej Muzyki 2013 spędziłam zatapiając się w dźwiękach Robag'a Wruhme'a, w którym absolutnie jestem muzycznie zakochana i który trafiał we mnie swoimi dźwiękami najlepiej na świecie. Cała przestrzeń jaką mi pokazał i zakamarki mojego mózgu, do których dotarł dźwiękiem były najlepszym doświadczeniem całego festiwalu. W sam raz na postanie później w pełnym słońcu by nieco ocieplić swoje ciało po tak długiej wyprawie. Zresztą kto nie zna, niech sprawdza, a kto chce usłyszeć na żywo niech się zjawi w Prozaku 26 października https://www.facebook.com/events/122309824605944/?fref=ts. Wiadomo, że to nie to samo co Tauron, ale zawsze coś !
https://soundcloud.com/pamparecords/robag-wruhme-pnom-gobal przesłuchujcie, zatapiajcie się w dźwiękach!:) 

                                                           Raz niebo raz piekło! Pozdro! 

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

audio

Płock to miasto niebywale wizualne. Uwrażliwieni na tym festiwalu musieli wariować od nadmiaru piękna wokół. Dużo świateł i dużo wody. Piasku rzecz jasna również. Na kilka dni to miejsce przemienia się w miasteczko chilloutu i wyłączania się co poniektórych. Patrzeć na to jest najmilej na świecie. Muzyka, której tłem jest miasteczko błogości, gdzie wszystkie ścieżki prowadzą do niej. Jedni chadzają samotnie, inni wolą mieć przy sobie ludzi. Każdy chodzi własną ścieżką, której od czasu do czasu pozwala przeciąć się z inną.

Zaskakująco podobali mi się przede wszystkim artyści, których nie znałam przed Audioriver. Hvob, a szczególnie wokalistka, to jak dla mnie otwarcie festiwalu na wysokim poziomie. Jedyne wydarzenie, które obejrzałam na Głównej Scenie. Absolutnie zniewalający, pełen energii i onieśmielający smutną pozytywnością koncert. Pełen zadumy i zatrzymywania się tuż przed kolejnym dłuższym biegiem. Przytrzymywanie przestrzeni w najczystszej postaci! Lekkość z dawką ciężaru tuż przy potylicy.

https://soundcloud.com/hvob/dogs-original-mix


Kolejnym bardzo miłym zaskoczeniem był Function, który zachwycił surowością, zadumą i mroczną energią. Przyjemna plenerowa przestrzeń dookoła i zło w oczach. Każdy mógł przestać myśleć na chwile, na czas tego seta. Czyszcząco i groźnie!


https://soundcloud.com/ostgutton-official/sets/function-incubation-ostgutcd24


Absolutnie onieśmieliła mnie i zaczarowała Karin Park, którą dotychczas miałam okazje poznać w gościnnych występach https://soundcloud.com/mayajanecoles/everything-feat-karin-park. Uwiodła mnie swoimi kosmicznymi butami i przepiękną figurą. Niesamowicie energiczny i przyjemny koncert. Ta kobieta rozdaje siłę, rzuca do ludzi radością. Wprowadzała publiczność w swój chaotyczny świat i nie pozwalała wypuścić. https://soundcloud.com/david-indie-twin/karin-park-thousand-loaded Najprzyjemniejszy moment podczas całego festiwalu przeżyłam właśni na tym koncercie, dokładnie wtedy gdy Karin zaczęła grać na bębnie, Jej brat na perkusji, po czym oboje zaczęli śpiewać. Wokal Davida jest absolutnie najpiękniejszy na świecie. Zatrzymanie czasu. Ot co!  http://www.youtube.com/watch?v=iDtkfrP_jMI Ci państwo absolutnie do sprawdzenia:)


Rzecz jasna, zdarzyło się pogubić w tym całym biegu godzinę czy dwie. Trafiało się jednak na to na co się powinno trafić. Choćby Terry Francis, Richie Hawkin, Monoloc i Minilogue stawiali poprzeczki bardzo bardzo wysoko. Dużo przestrzeni, dużo radości, sporo zachwytów. Jak choćby ten kiedy Minilogue muzycznie czaruje, a ludzi siedzących na plaży wokół namiotu Circus oblewa gęsty deszcz. Przepiękny widok kiedy wszyscy wchodzą do środka, wpadają na ludzi, którzy zatopieni są w dźwiękach, a z głośników słychać pierwsze wokale tego seta. A raczej słowa. Absolutnie miażdżące o takiej porze. Brakowało tylko okularów przeciwsłonecznych. Bardzo dobry poranny set. Dał dużo dobrego. Idealne zamknięcie festiwalu, ostatnie dźwięki jakie usłyszałam na jeszcze długie godziny. Znam takich, którzy jeszcze przez kilka dni po Audio nie usłyszeli żadnych dźwięków.  https://soundcloud.com/h-lderleal/minilogue-the-leopard


Rzecz jasna Wraetlic roztrzaskał zupełnie moją przestrzeń. Totalne zatrzymanie w czasie. Złapanie chwili spokoju, pozostawienie swojej przestrzeni tylko i wyłącznie podążaniu za kolejnymi dźwiękami. http://www.youtube.com/watch?v=1Tpweigp5kw Bardzo budujący i pozwalający odpłynąć set. Hipnotyzujący i wciągający w otchłanie.


Ogromnie się ciesze, że zdążyłam na seta Lusine. Ferwor, radość i przyjemny powiew wiatru. Absolutnie zachwyciłam się przestrzenią sceny Wide. Pomimo najgorszego nagłośnienia, ta polana robiła cudowne wrażenie, pozwalała rozprzestrzenić się muzyce.  http://www.youtube.com/watch?v=gyerOips6oY


Idealne miejsce do wyłączenia się na chwile. Dające odpoczynek i wycieńczenie. Wydarzenie pozwalające poznać naprawdę ciekawych ludzi. Spotkać intrygujące osobowości, które od tej pory zostaną z Tobą na dłużej.  Ciągle się dziwie, że trafiłam tam po raz pierwszy. Klimat tego festiwalu daje radość. Pozwala funkcjonować wśród ludzi, którzy dokładnie wiedzą po co tu przyjechali i czego właściwie szukają. Nowych patentów i ton rozmów nie brakowało.







sobota, 20 lipca 2013

właśnie to!

Najprzyjemniej za barem jest wtedy kiedy wiesz, że człowiek który właśnie odbił się od baru przyjmuje ta impreze pozytywniej dzieki Tobie. Właśnie to! Słyszeć Momenta (aka Hi! Who's this?) polewając wódke jest mi absolutnie przyjemnej. Usłyszeć idealne winyle od Drumza i zobaczyć tłum ludzi przed Forum o poranku. Idealne miejsce do nakręcenia seta Boiler Room'a. Dawno nie poznałam tylu ludzi i nie wymieniłam tylu słów.

Słuchajcie sami:

https://soundcloud.com/steez83/niewidzialna-nerka-cd-1

i napijcie sie czasem z tym człowiekiem przy barze w Forum wódki , robi przy okazji dobrą muze;) :

https://soundcloud.com/momentakahiwhosthis/moment-hold-on-tight
Najspokojniejszy chłopak świata!




poniedziałek, 17 czerwca 2013

pozdro techno!



https://www.facebook.com/events/111544159040044/

Gdyby ktoś się nie orientował, szczególnie jeśli mocno związany jest ze sceną techno, to 31.05 ominęła go jedna z lepszych uczt muzycznych na mieście. Co więcej, ta data również związana jest z zamknięciem Radaru, jednego z bardzo wyjątkowych miejsc, które jak się mogło wydawać na stałe wpisze się w mape krakowskiego Kazimierza. Wieść o zamknięciu galerii, która weekendowo zamieniała się w undergroundową scenę muzyki elektronicznej szybko obiegła miasto, tym bardziej, że (już byli) właściciele Radaru czyli Artur Oleś aka Chino i Olivia Ungaro są znani w krakowskich kręgach djsko-klubowych bardzo dobrze. Szkoda, że znikają z Krakowa takie kluby, które bez pardonu i zbędnego patosu promują niszową muzykę, reprezentującą bardzo wysoki poziom.
Co do samej imprezy pożegnalnej. Absolutnie wisienka na torcie i majstersztyk bookingu, który jest zarówno pokłonem w stronę publiki odwiedzającej w tą piątkową noc Radar, jak i pokłonem w stronę właścicieli, którzy zapraszając Dj Skurge'a do piwnicy na brzozowej udowodnili, że otwarli kiedyś to miejsce właśnie po to, by krakowska publiczność mogła na żywo usłyszeć gwiazdy takiego formatu(zresztą, Christian Loffler przecież również grał właśnie w Radarze). Przedstawiciel wytwórni Underground Resistance tej nocy dał czterogodzinny (4 h!!!! ) popis umiejętności, różnorodności, a przede wszystkim profesjonalizmu łączonego z pasją. To była podróż, w którą artysta wpuszczał każdego, bez względu na to, w którym momencie osoba wchodziła na parkiet. Wydawało się, że Skurge jest pewien, że publika, która go słucha nie znalazła się w tym miejscu przez przypadek, stąd Jego set był na najwyższym poziomie. Nie bez znaczenia było również to, że w ten sposób przedstawiciel sceny detroit techno dał wyraz ogromnego szacunku wobec właścicieli Radaru i chciał wraz z publiką pożegnać to miejsca jak najlepiej mógł. Dawno tak przyjemnie nie patrzyło mi się na ludzi, którzy nie dość, że przyszli pożegnać Radar to w dodatku ekscytowali się i dosłownie łapali dźwięki jak tlen. A dźwięków naprawdę było co nie miara, biorąc pod uwagę poziom na jakim gra Dj Skurge i to, jak miesza ze sobą wszelkie gatunki muzyczne(w życiu nie pomyślałabym, że funk tak dobrze zgrywa się z surowymi minimalami podbijanymi co raz to szybszym tempem). Za każdym razem kiedy zdawało mi się, że już nie mam sił i absolutnie nie zdołam z siebie wykrzesać więcej mocy, ten człowiek tak bardzo zmieniał klimat muzyczny, że nie było sposobu odpuścić sobie kolejnej podróży pełnej zwrotów i tajemniczości. To były 4 godziny kiedy działo się wszystko, noc pędziła do przodu, czas upływał, ale muzyka dalej górowała nad wszystkim, była jednocześnie tłem i głównym bohaterem, wypełniała każdą cząstkę ciała i umysłu, ocierała łezki, które kręciły się w oku na myśl o zamknięciu. Absolutnie wydarzenie, które udowodniło, że detroit techno i przedstawiciel oraz twórca tego odłamu świata muzycznego jest w stanie zaskakiwać swoją publikę na każdym kroku i mam pewność, że jeśli tylko będą miała szanse usłyszeć Dj Skurge'a po raz kolejny zrobię to z wypiekami na twarzy i ekscytacją w sercu!
Przyjemnie patrzyło się również na to, jak bardzo ekipa Radaru/LoveKrove była ze sobą zżyta i jak mocno pragnęła zatrzymać choć na moment czas, który pozwoliłby z całych sił nacieszyć się tymi ostatnimi chwilami w takim składzie. Kto doświadczył pracy za barem wie, że w tym fachu ekipa, z którą się pracuje dodaje dużo frajdy i energii do działania, a połączenie dobrych kontaktów z przełożonymi, którzy jednocześnie są szefami i przyjaciółmi to najlepsza z możliwych opcji. Do prawdy obserwowanie tego tej nocy dodawało siły do złapania jak największej ilości cudownych dźwięków i udowadniało, że bez względu na to, że coś się kończy, warto szanować czas, który się ze sobą spędziło. Radar <3 LOVE!
Tymczasem, kto nie zna, niech nadrabia braki, a jeśli tylko będzie miał okazję usłyszeć tego człowieka na żywo, niech nie waha się ani przez chwile! : http://www.youtube.com/watch?v=JI4cBPgETnU + http://www.youtube.com/watch?v=IkJmCD2j09g ! Pozdro techno!

Kto ma możliwość i lubi taką muzykę niechże się 29 czerwca wybierze do Kato na https://www.facebook.com/events/383078108478670/?directed_target_id=0 Gwarantuję, że imprezy pod szyldem NYP zapewniają mnóstwo muzycznych doznań i naprawde warto sprawdzić to osobiście.

http://www.youtube.com/watch?v=6PbNQtULuEk Dzielę się też nowostką od Panów Waglewskich i Izy Lach. Przyjemnie jest usłyszeć, że bracia dalej na torach progresu, zresztą oceńcie sami! Co do video, częsciowo pod warszawskim Suffitem https://www.facebook.com/pracownia.suffit?fref=ts !:)

poniedziałek, 27 maja 2013

pędzi to wszystko


Kraków ostatnio zaskakuje dobrymi wydarzeniami. Aż się ma poczucie, że właściwie to chyba nie warto ruszać się nigdzie dalej bo żal opuszczać to co się dzieje tutaj. Za mną trzy przemiłe weekendowe noce, pełne dźwięków nasyconych dobrą przestrzenią, trzaskami i tańcem. Był teatr, była muzyka, tony przepalonego tytoniu i cała garść dobrych rozmów z ludźmi.

11.05 to dzień rozpoczęty od spektaklu dyplomowego pt. Pływalnia studentów PWST w reżyserii Krystiana Lupy. Idealny początek dobrej nocy przyprawionej na wstępie ciekawą opowieścią o młodych ludziach szarpiących się ze swoim życiem. Ba, nawet wychodzących z nim na pole bitwy. Spektakl ciekawszy jeszcze bardziej ze względu na współprace młodych ludzi, rozpoczynających pełną gębą zawód Aktora, z takim reżyserem.

Ta noc nie mogła się potoczyć inaczej jak wylądowaniem w Pauzie, by Max Cooper zachwycał mnie swoim dwuipółgodzinnym setem pełnym eksperymentalnej muzyki. Bogactwo instrumentów, totalna sinusoida dźwięków. Nawet papierosy paliłam w drzwiach palarni bo żal było tracić minut przepełnionych zaskakującymi zwrotami tempa płynącego z głośników. Absolutnie dobra energia, siła do tańca nie wiadomo skąd i uśmiech na twarzy. Jeden z lepszych setów  jakie słyszałam w moim życiu, podczas którego czas przemykał między palcami. Jedyne co przeszkadzało(szczególnie mnie, niskiej osobie) to ludzie ciągle przepychający się z jednego końca, małego bądź co bądź danceflooru, na drugi. Chciało się tylko zamknąć oczy i móc zatracić się w muzyce nasyconej trzaskami, saksofonem, piano przeplatającymi się z mocnym, czyszczącym techno. Ogromna przestrzeń podczas całego setu, podróż trwająca zaskakująco długo. Sam Cooper tuż po secie stwierdził, że to dla niego również było ogromne zaskoczenie jak publika chętnie odbierała jego muzykę, jak otwarta była na jego muzyczne zwroty akcji, co też wpłynęło na to, że chciał grać i grać dla nas.

http://www.youtube.com/watch?v=atzE617qBDM

17.05 Absolutnie należał do Christiana Loffler'a, na którego czekałam z wypiekami na twarzy i ogromnym zniecierpliwieniem. Wspominałam o nim już tutaj kiedyś, ten Pan to zdecydowanie moje odkrycie końca tamtego roku. Człowiek, który nie dość, że tworzy własną muzę to w dodatku teledyski również wychodzą spod jego rąk. Zarówno w jego muzyce jak i fotografiach można zakochać się od pierwszego wejrzenia, wizuale w każdym momencie są cudownymi obrazami, pełnymi tajemnicy, emocji i ruchu. Z jego muzyką jest podobnie, każdy jego numer to opowieść, przepełniona odgłosami natury, przestrzenią, lotem. Jego set dokładnie taki był, Christian podczas swojego występu zabrał publikę Radaru w podróż, z której najchętniej mogłoby się nie wracać. Błogość i uśmiech na twarzach ludzi była przyjemnym dodatkiem do całej aury, którą stworzył Loffler. Lekkość, przyjemne powiewy wiatru i radość. Feelharmonia!

http://www.youtube.com/watch?v=B1935N-YlVY

24.05 to dźwięki dubtechno, przy których za barem pracuje się najwyborniej na świecie. Dadub, czyli Daniele Antenzza i Giovanii Conti to duet serwujący publice dźwięki roztrzaskujące umysły i pozwalające zatracić się zupełnie w tym co wlatuje do uszu. Dawka energii, drapieżności i niepowtarzalnej głębi. Sami proces tworzenia swojej muzyki nazywają "tworzeniem zapachów", co idealnie określa to, czym częstują słuchaczy. Zaskoczenie alchemicznej publiki było tym większe, że panowie zagrali godzinny djset, który był jedynie przedsmakiem dwugodzinnego liveactu. Dynamika, przytłaczanie do podłogi i odbicia w przestrzeń. Sami panowie to absolutnie ciekawe persony, pozytywnie nastawieni do ludzi, otwarci i przyjemnie cyniczni. Artyści łączący profesjonalizm i pasje, na co zarówno dobrze się patrzy jak i słucha. Dodatkowego, narkotycznego klimatu, dodawały wizuale Sebastiana Jachimowicza, dobrego kumpla chłopaków z Kinky Beats i Studia 51.15, który właśnie na ich imprezach do tej pory przynajmniej mi dał się poznać od strony wizualno-obrazowej. Tym razem zaserwował firany spływające z sufitu, na których tworzył klimat podbijający dźwięki. Zdecydowanie muzyka idealnie współgrała z obrazem, co w efekcie wytwarzało atmosferę tajemniczego, drapieżnego mroku.

Śledźcie również imprezy z cyklu Deep Impact https://www.facebook.com/pages/Deep-Impact-Krak%C3%B3w/341221165997244?fref=ts. Daje słowo, że wydarzenia pod tym szyldem są pełne dobrych dźwięków, które zarówno serwują zapraszane gwiazdy, jak i polscy dje, którzy nie pozwalają zejść z parkietu.

http://www.youtube.com/watch?v=ueKkhCqntmA

W Grodzie Kraka niezmiennie dużo ciekawych wydarzeń, które koniecznie trzeba zobaczyć i usłyszeć.

Jeśli brakuje Wam dobrego teatru i sztuki to zdecydowanie powinniście się wybrać na Rodzeństwo również w reżyserii Krystiana Lupy. Dobrze jest zobaczyć efekty pracy już doświadczonych aktorów z tym nieco ekstrawaganckim reżyserem. Jak dla mnie spektakl idealnie odzwierciedla tzw. sztuczne rodzinne konwenanse, które dzięki kreacji aktorskiej aktorów stają się wyjątkowo prawdziwe, pełne brudu, łez i agresji. http://www.stary.pl/pl/spektakl/id/594 Osobiście miesiąc maj dla mnie okazał się teatralnie miesiącem Lupy!

Co do wydarzeń muzycznych to już ten tydzień zachwyca. 

29.05 warto zaglądnąć do Fabryki Miraculum. Łezka w oku aż mi się kręci, że sama nie będę w stanie tam dotrzeć. Urban Heroes ostatnimi czasy wiedzie prym pod względem dobrych bookingów, co zdecydowanie cieszy i rozbudza apetyt na więcej! https://www.facebook.com/events/637840319566176/?fref=ts !:)

Ostatni dzień maja stanowczo należy do Radaru, który niestety tą imprezą żegna się ze swoimi gośćmi. Po Loffler'ze jestem pewna, że ta noc będzie równie zaskakująca i przepełniona ogromną muzyczną przestrzenią. Tej nocy będzie mogli usłyszeć człowieka, który kształtuje undergroudową scenę detroit techno. Chyba każdy kto przepada za tego typu muzyką nie będzie miał wątpliwości, że warto zaglądnąć 31 maja właśnie do Radaru na ostatnią imprezę z cyklu WE ARE RADAR.
https://www.facebook.com/events/111544159040044/?fref=ts!

Pierwszy dzień miesiąca czerwca zdecydowanie warto rozpocząć w Alchemii, gdzie Rewelacyjni Hydrofoniks będą rozkręcać imprezę wraz z Teielte oraz Klaves'em, którzy zaprezentują swój premierowy materiał. Ja z miłą chęcią poleję Wam co tylko zechcecie:) https://www.facebook.com/events/529502697107802/?fref=ts

Warto też wiedzieć, że Radiofonia staje się stowarzyszeniem i obecnie swoją siedzibę będzie miała w Forum. Cały weekend będzie świętować swoją "przemianę" dlatego na pewno warto zaglądnąć na któreś z parapetówkowych wydarzeń(tudzież na wszystkie) :) https://www.facebook.com/events/128020760735219/?fref=ts

Nadchodzą dobre zmiany, życzę Wam dobrej energii, ja dla siebie łapie jej coraz więcej! Nie zapominajcie również ze w Krakau trwa również Miesiąc Fotografii i warto zachłysnąć się dobrymi fotografiami tu i tam. Chociażby Forum, które właśnie skończyło swój pierwszy miesiąc, jest klubem festiwalowym, gdzie warto wybrać się chociażby po to, żeby pochillować na leżaku! http://www.youtube.com/watch?v=5KXH6oFfTLc&feature=youtu.be



<a href="http://www.bloglovin.com/blog/8018817/?claim=9jxspfr94my">Follow my blog with Bloglovin</a>